![]() |
Maciej Lisiecki |
Jak powstała ta, licząca blisko 230 sztuk kolekcja dzbanków?
Maciej Lisiecki:
Wszystko się zaczęło od małej kolekcji mojej mamy, która po swoich rodzicach odziedziczyła 8 pięknych dzbanków. Po jakimś czasie dokupiłem do niej jeden dzbanek, potem drugi, a gdy było już ich 30 zdałem sobie sprawę, że dzbanki zawładnęły moją duszą! Każda moja wędrówka przez targ ze starociami kończy się powrotem z nowym dzbankiem, a tak naprawdę ze „starym”, bo kolekcjonuję tylko te, które maja swoją duszę, historię. Niektóre z nich mają jeszcze osad po herbacie z dawnych lat. Kiedyś bowiem był taki cudowny zwyczaj, że herbatę podawało się w dzbankach i piło ją z filiżanek.
K.W.
Wiem jednak, że część dzbanków z Pańskiej kolekcji pochodzi nie tylko z „pchlego” targu?
To prawda. Odkąd rodzina i przyjaciele, a nawet koledzy z pracy wiedzą, że moją pasją są dzbanki, z różnych okazji otrzymuje od nich te, których jeszcze nie mam. Swego czasu zażartowałem w mojej sekcji, że ten, od którego dostanę dwusetny dzbanek, będzie miał u mnie fory. Śmiechu było przy tym co nie miara, a dzbanek podarowała mi wtedy nasza rzecznik Małgosia Złakowska, która wyprzedziła kolegę trzymającego od dawna w biurku dzbanek dla mnie. Wyróżniłem ich oboje, stawiając 200-setny i 201-szy dzbanek na honorowym miejscu w gablocie w moim gabinecie.
K.W.
W gabinecie? To nie trzyma Pan ich w domu?
M.L.
Prawie 90 procent mojej kolekcji znajduje się w domu moich rodziców. Dzbanki mają tam swoje honorowe miejsce. Mama dba o nie znakomicie. Kiedy znajomi wchodzą do pokoju, gdzie są wyeksponowane, to na ich widok dech zapiera im piersi. Część dzbanków mam w swoim mieszkaniu i małą kolekcję – dokładnie 22 – w gabinecie w pracy. Kiedy zostałem zastępcą naczelnika Sekcji Prewencji w komendzie miejskiej we Włocławku i pierwszy raz wszedłem do swojego gabinetu zrobiło mi się smutno. Było w nim szaro i urzędowo. Postanowiłem więc coś zmienić. Następnego dnia przyniosłem parę swoich dzbanków i od razu zrobiło się sympatyczniej.
K.W.
Od ilu lat
zbiera Pan dzbanki?

M.L.
Tak na dobre od trzech lat. Kiedy u znajomych widzę jakiś dzbanek, który mi się podoba, a wiem, że takiego na pewno nie mam, to tak długo ich „czaruję, rzucam na nich urok” póki nie trafi on do mojej kolekcji. Taki już jestem. Podobnie postępuję z handlarzami „staroci”, chociaż czasami odchodzę z kwitkiem, bo cena dzbanka jest za wysoka. Wtedy mnie mnie krew zalewa, ale nie dam tego po sobie poznać.
K.W.
A, jakie są te Pańskie dzbanki?
M.L.
Wszystkie z porcelany w różnych odcieniach. Od lekkiego kremu po śnieżną biel. Są kolorowe, ręcznie malowane i z nadrukiem. Niezmiernie delikatne i kruche. Niektóre są nowoczesne, proste, ze standardowym uchwytem i dekielkiem. Inne pochodzą z lat 60-ątych i 80-ątych. Mają lekko pękaty kształt i są ozdobione kwiatami. Mam też takie, które wyprodukowane zostały przed 1960 rokiem. Ich wzornictwo oparte jest na latach międzywojennych. A także charakterystyczne dzbanki typowo angielskie ze scenkami rodzajowymi malowanymi niebieskim kolorem.
K.W.
Z którym dzbankiem jest Pan najbardziej emocjonalnie związany?
M.L.
Z dzbankiem pochodzącym z serwisu kupionego w 1957 roku przez moich dziadków w prezencie ślubnym moim rodzicom. Serwis został wyprodukowany w Wytwórni Porcelany w Książu. Do dzisiaj zbiła się z niego tylko jedna filiżanka.
K.W.
A, jak podchodzi do Pańskiego hobby rodzina?
M.L.
Żona czasami trochę dziwnie na mnie patrzy, gdy wracam z targowiska na przykład z czterema nowymi dzbankami /śmiech/, ale tak na prawdę, to też lubi te moje dzbanki. Kiedy ostatnio trochę podupadłem na zdrowiu, by mnie pocieszyć sama kupiła mi dzbanek do kolekcji, czym sprawiła mi ogromna radość.
Katarzyna Witkowska
Dziękuje za rozmowę i życzę wielu nowych dzbanków w niezwykłej kolekcji.