![]() |
Piotr Dombrowski-"Co lubi spadochroniarz oprócz skakania?" |
Piotr Dombrowski jest policjantem i pracuje w komendzie wojewódzkiej w Bydgoszczy, ale spotkał się ze mną nie po to, by porozmawiać o pracy. Zresztą, umawiając się z nim wiedziałam, że nie będziemy rozmawiać o tym co robi w służbie, ale o jego niecodziennej pasji, która w ogóle nie wiąże się z niebieskim mundurem. Kiedy weszłam do jego pokoju zadał mi pytanie, czy wiem co lubi spadochroniarz oprócz skakania, i zanim zdążyłam się zastanowić, otrzymałam odpowiedź – oprócz skakania spadochroniarz najbardziej lubi opowiadać o swoich skokach. Więc zamieniłam się w słuch i tylko czasami zadając mu krótkie pytania „poszybowałam z nim w przestworza”.
Katarzyna Witkowska:
Jak to wszystko się zaczęło?
Piotr Dombrowski:
To był przypadek. Kiedy miałem 15 lat bardzo chciałem zostać żużlowcem. Chodziłem na wszystkie mecze żużlowe, zbierałem programy i miałem autografy wszystkich zawodników. Ale do pełni szczęścia brakowało mi wieku, bo jako 15-latek nie mogłem mieć prawa jazdy, a to było podstawą przyjęcia do sekcji żużlowej. Wtedy mój kolega namówił mnie żebym poszedł z nim na pokazy lotnicze. I poszliśmy. W trakcie pokazów usłyszeliśmy głos spikera, który ogłosił, że rozpoczął się nabór do sekcji spadochronowej. Kolega bardzo chciał należeć do tej sekcji i namówił mnie bym wstąpił do niej razem z nim. Zgodziłem się. Jednak zanim nas do niej przyjęto musieliśmy przejść przez specjalistyczne badania lekarskie w Głównym Ośrodku Badań Lotniczych we Wrocławiu. Ja je przeszedłem pomyślnie, a mój kolega nie. Wtedy sobie pomyślałem, że skoro nie mogę być żużlowcem, a mam te badania za sobą, to czemu nie mam zostać spadochroniarzem.
K.W.:
Jak wyglądało w tamtych czasach szkolenie w Sekcji Spadochronowej?
Było zupełnie inne niż dzisiaj. Od jesieni do wiosny w każdą sobotę chodziłem na lotnisko na zajęcia teoretyczne. Trzeba było poznać podstawy meteorologii, nauczyć się prawa lotniczego i higieny lotniczej, a nade wszystko składania spadochronów. W tamtych czasach w aeroklubach do szkolenia podstawowego były tylko spadochrony desantowe o powierzchni 80 metrów kwadratowych, a więc trzeba było się wykazać nie lada umiejętnościami, by je dobrze złożyć. Kiedy na wiosnę zdaliśmy już wszystkie egzaminy teoretyczne mogliśmy przystąpić do zajęć praktycznych i oddać upragnione skoki. Pierwsze skoki były „na linę”.
K.W.:
Czy do dzisiaj pamięta Pan swój pierwszy skok?
P.D.:
Oczywiście ten pierwszy skok zawsze się pamięta. To był skok z 800 metrów „na linę”. Nazywało się to tak dlatego, że złożony spadochron był podczepiony w samolocie i w momencie skoku specjalna linka go otwierała, a potem już tylko leciało się w dół. Miejsce lądowania było w rękach skoczka wyrzucającego – osoby odpowiedzialnej w samolocie za wyrzut. To od niego zależało, w którym miejscu się wylądowało. W momencie dotyku ziemi leciało się mniej więcej z prędkością 6 m/sek., to tak jakby skoczyć z wysokości 2 m na nogi. Tak duża była siła uderzenia. Do skoków mieliśmy specjalne buty i dodatkowo żeby zamortyzować uderzenie bandażowaliśmy sobie nogi w kostkach.
K.W.:
Wspomniał Pan, że miejsce lądowania zależało od skoczka wyrzucającego, dlaczego?
Przed każdym skokiem wyrzucał on sondę, którą obserwował. Była ona dla niego wskazówką, gdzie skoczka można wyrzucić. Spadochrony, jakie mieliśmy wtedy nie dawały się sterować. Można je było wykorzystać na zasadzie żagla, pociągnąć za linkę by czasza się trochę wygięła, złapała wiatru żeby troszkę szybciej przelecieć. Nie wiele jednak to dawało. Dzisiaj skoczek szybując spadochronem może go prowadzić. Chociaż i teraz skoczek wyrzucający cały czas odgrywa dużą rolę. Zwraca on przede wszystkim uwagę na wiatr, który może być sprzymierzeńcem skoczka lub nie. Współczesne spadochrony typu skrzydło o powierzchni 30, 15 a nawet 10 metrów kwadratowych pozwalają na lądowanie z dużą precyzja. Zawsze podaję nowym adeptom taki przykład: na I Mistrzostwach Polski, które odbyły się na przełomie lat 50-tych i 60-tych skoczkowie skakali na lotnisku do koła o średnicy 100 metrów i jak się wylądowało w jego pobliżu to było dobrze. Szczytem precyzji i wielkim osiągnięciem było wylądowanie w środku, a dzisiaj na zawodach skacze się w centro o średnicy 3 cm.
K.W.:
Czy był taki okres w Pana życiu, w którym Pan nie skakał?
P.D.:
K.W.:
Czyżby narodziła się druga pasja?
Zdecydowanie tak. To co można obserwować w przestworzach zapiera dech w piersiach. Warto to utrwalać i pokazywać innym. Mam do tego specjalny kask, a na nim zamontowaną kamerę i aparat fotograficzny. Ze zdjęciami lotniczymi jest tak, że nie zawsze do końca się wie, jak one wyjdą i co na nich będzie. To zawsze jest owiane tajemnicą. Przed samym wyskokiem włączam aparat, kamerę i lecę. To co później w powietrzu się ze mną dzieje wymaga ode mnie wielkiej precyzji. Jednak daję sobie z tym radę. Najwięcej zdjęć robię skoczkom w tandemie. Jesteśmy wtedy na 3 – 4 tysiącach metrów. Lecimy przez ok. 40 sek. z zamkniętymi spadochronami i spadamy z prędkością 200 km/h. To jest czas dla mnie. Wtedy podlatuję do nich na odległość ok. 0,5 metra i robię im fajne zdjęcia. Zatrzymuje się przy ich twarzach, łapiemy się za ręce. Potem ich główny spadochron się otwiera, a ja przewracam się na plecy i filmuje ich z dołu, a w chwilę po tym otwieram swój spadochron. Na ziemi muszę też być przed nimi, by zrobić im kilka ujęć z lądowania.
K.W.:
A z jakiego pułapu skacze się najprzyjemniej?
P.D.:
Odpowiem tak: im wyżej tym przyjemniej. Doświadczony skoczek robi wszystko, by jak najdłużej być w powietrzu. Najpiękniejsze jest wolne spadanie. Człowiek czuje się wtedy, jak ptak w przestworzach. Każdym swoim ruchem może sterować. To są cudowne, niezapomniane chwile, dla których warto skakać.
K.W.:
Dziękuję za rozmowę i życzę zawsze miękkich lądowań.