![]() |
Krzysztof Bętkowski |
Pierwszy raz z maratończykiem Krzysztofem Bętkowskim oficerem Sztabu Policji KWP w Bydgoszczy rozmawiałam w sierpniu tego roku. I już wtedy wiedziałam, że to nie będzie nasza ostatnia rozmowa. Umówiliśmy się na kolejne spotkanie po maratonie w Berlinie, do którego Krzysztof właśnie się przygotowywał. Dzisiaj spotkaliśmy się ponownie, by porozmawiać o tym, jak było w Berlinie.
Katarzyna Witkowska
Krzysztof, podczas ostatniej naszej rozmowy wspomniałeś mi, że masz wielkie marzenie związane z maratonem, czy chciałbyś je przypomnieć?
Krzysztof Bętkowski
Oczywiście. Mam takie marzenie, żeby zostać członkiem „Elitarnego Klubu Berlińczyka”
K.W.
Czy teraz, po ostatnim maratonie w Berlinie jesteś bliżej jego spełnienia?
K.B.
Coraz bliżej. Żeby zostać członkiem „Elitarnego Klubu Maratończyka” trzeba wziąć udział w 10 berlińskich maratonach. Licząc tego roczny, startowałem już w nich pięciokrotnie. Pokonać trasę 42 km i 195 cm w największym maratonie na świecie, to za każdym razem niezapomniane przeżycie!
K.W.
Wiem, że do tego startu przygotowywałeś się już od maja.
K.B.
Tak. Już od maja przy najmniej 3-4 razy w tygodniu biegałem od 10 do 15 km. Ćwiczyłem na sali, grałem w piłkę nożną. Wszystko po to, by mieć dobrą kondycję w moim ulubionym maratonie. W maju też wysłałem swoje zgłoszenie do udziału w starcie. W tym roku kosztowało ono 620 zł. Kiedy w połowie wrześniu dostałem potwierdzenie startu serce mi biło niesamowicie. Tych emocji nie da się opisać. Otrzymałem numer startowy 31199 w sektorze D. Od tego momentu rytm mojego życia był podporządkowany berlińskiemu maratonowi.
K.W.
W końcu przyszedł dzień wyjazdu i ...
K.B.
Do Berlina wyjechaliśmy autokarem w nocy. 19-tu zawodników z całej Polski. Wszyscy się znamy. To też atmosfera od samego początku była fantastyczna. Na miejscu byliśmy już o 6:00 rano. Zaparkowaliśmy autobus w pobliżu biura zawodów. Ponieważ cały dzień mieliśmy dla siebie, postanowiliśmy trochę „pobuszować” po mieście. Bez większych problemów dostaliśmy się na słynną berlińską halę targową. Wrażenie niesamowite. Ilość stoisk przyprawiała o ból głowy. Ceny też. W tym roku nastawiłem się na kupno butów i magnezu.
K.W.
Magnezu...?!
K.B.
Tak, tak magnezu. Zawsze go kupuję w Berlinie. Jest przeznaczony dla sportowców. To musujące tabletki rozpuszczające się w wodzie. Po nich szybko regeneruje się organizm i nie ma dających się we znaki skurczów mięśni. Wracając do butów, to udało mi się kupić dość tanio „startówki” Asiksa. Po zakupach wróciliśmy do autokaru i pojechaliśmy do hotelu. Chociaż byliśmy zmęczeni popołudniu pojechaliśmy jeszcze zobaczyć Stadion Olimpijski z 1937 r i stadion Herty Berlin, na którym w ubiegłym roku odbył się finał Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Wieczorem już myślałem o starcie. Postanowiłem biec spokojnie, bez szaleństw, zwłaszcza, że zapowiadali 30 stopniowe upały. Nie lubię takiej temperatury podczas biegu. Postanowiłem biec w tempie 5:45 minut/km czyli na czas ok. 4 godzin 20 minut. Następnego dnia wstaliśmy o 05:00 rano. Z małymi kłopotami dotarliśmy w okolice startu – miasto o tej porze powoli zaczynało być zamykane dla ruchu.
K.W.
Jak jest zorganizowany ten największy Maraton Świata?
Krzysztof Bętkowski
W tym roku wzięło w nim udział 40 000 zawodników. Jeszcze nigdy w takiej masie ludzi nie biegałem. W ubiegłym roku było nas ok. 35 000. Jednak, jak co roku organizatorzy dopięli wszystko na ostatni guzik. Kiedy przyjechaliśmy na starcie trwała już zbiorowa rozgrzewka. Bardzo fajnie prowadzona. Po krótkiej samodzielnej rozgrzewce stanęliśmy z przodu. Nie było żadnych przepychanek. W końcu ruszyliśmy. Pierwsze kilometry wszyscy biegliśmy luźno, w tempie 5:40. Spokojnie i bez żadnych problemów przebiegłem pierwsze 10 km. Potem 20 i tak trzymałem do 42 kilometra. Atmosfera biegu była niesamowita. Na całej trasie przygrywały nam zespoły muzyczne, kibice nas dopingowali, podtrzymywali na duchu. Upał dawał się we znaki. Przy stoiskach z piciem panował tłok. Trzeba było uważać, aby się nie poślizgnąć, nie wpaść na kogoś. Pod koniec biegu trochę czułem już zmęczenie, ale widok Bramy Brandenburskiej rekompensował mi wszystko. Zaliczyłem ostatnie 192 metry. Czas 4:22:17. Byłem szczęśliwy. Piąty raz przebiegłem maraton w Berlinie!!! Łzy napłynęły mi do oczu. Spełnienie mojego marzenia jest co raz bliżej. Jeszcze tylko pięć maratonów i Klub Berlińczyka” będzie mój!
Katarzyna Witkowska
Trzymam kciuki za twoje marzenie i już dzisiaj umawiam się z tobą na kolejne spotkanie, na spotkanie z elitarnym członkiem „Klubu Berlińczyka”.