To czyste i zadbane miasteczko, przywitało nas przecudną wonią świeżo przystrzyżonej trawy, co dodatkowo umiliło i tak cudowny spacer. W promieniach słońca dotarliśmy na dworzec. Tu bierze swój początek szlak kolejki wąskotorowej, popularnie zwanej „ciuchcią”. Niestety po krótkim oczekiwaniu okazało się, że nie możemy rozpocząć naszej podróży po szynach, ponieważ akurat dziś jedna z kolejek odmówiła posłuszeństwa. Niezrażeni pierwszym niepowodzeniem, wsiedliśmy do autokaru i z uśmiechami na twarzy, dotarliśmy do oddalonej o 10 kilometrów na południe, Wenecji. Polska Wenecja to wieś leżąca w samym sercu pałuckiej ziemi, na przesmyku między jeziorami Biskupińskim i Weneckim, a blisko małego jeziorka Skrzynka.

Skąd tak egzotyczna nazwa tej małej wioski i ruin zamku? Trudno sprecyzować. Jak powiadają, jeden z panów zamku wziął sobie za żonę pannę, która marzyła o urokach Adriatyku. Gdy przywiózł ją do swej rodowej siedziby miał jej rzec: „Masz tu swoją Wenecję!” i tak już zostało. Inne doniesienia mówią o tym, że to miejsce nazwano tak z racji wodnego bogactwa, przypominającego włoską Wenecję. Jaka jest prawda? Tego nie wie nikt. Jedno jest pewne, warto odwiedzić to magiczne miejsce.
To tu pierwszy przystanek ma „ciuchcia”, która zatrzymuje się między ruinami zamku z XIV w., a Muzeum Kolei Wąskotorowej. Ruiny, usytuowane tuż przy stacji są pozostałością zamku wzniesionego w 1390 r. przez Mikołaja Nałęcza z Chomiąży, sędziego kaliskiego, dziedzica ogromnej fortuny. Mówiono o nim różnie, że pan mądry, gospodarny i sprawiedliwy, ale także wcielenie wszelkiego zła. Podejrzewano, że zadawał się z szatanem, stąd jego przydomek Diabeł Wenecki.
W bramie Muzeum Kolei Wąskotorowej przywitał nas sam dyrektor Muzeum Ziemi Pałuckiej, który nadzwyczaj ciekawie opowiedział i zaprezentował zgromadzone zbiory. Skansen posiada największą w Europie tego typu kolekcję.
Wśród wielu parowozów, wagonów i innych pojazdów szynowych zobaczyliśmy kolejarskie umundurowanie, sprzęt i narzędzia niezbędne do prawidłowego funkcjonowania pociągu, a nawet tekturowe bilety kolejowe, które wielu z nas pamięta z dzieciństwa. Powstałe w 1972 r. muzeum zrobione jest na wzór małego dworca, dlatego mieliśmy okazję poznać również zabytkowe rogatki z domkiem dróżnika, obrotnicę z 1908 r., żuraw wodny, a także rozmaitego typu rozjazdy i zwrotnice. Ciekawym jest fakt, że wciąż miejsce to bogaci się o kolejne interesujące eksponaty, znajdowane w przeróżnych miejscach i częściach naszego kraju. Niejednokrotnie, jak poinformował dyrektor, prawdziwe okazy kryją się po prostu w krzakach. Trafiają wówczas na teren muzeum i tam po odrestaurowaniu, później cieszą oko odwiedzających skansen turystów.
Ku naszej uciesze w Wenecji, na stacji czekała na zwiedzających kolejka, w skład której wchodziła niebieska lokomotywa, kilka kolorowych wagoników typu kabrio i dwa czerwone z szybami w oknach. A że nieźle wiało, a i słońce też zdążyło schować się za chmurami wszyscy, niektórzy już lekko zmarznięci, zajęli miejsca w oszklonym wagoniku na końcu całego składu. Po chwili zastanowienia kilku śmiałków stwierdziło jednak, że większą atrakcją będzie przysłowiowy „wiatr we włosach” i przesiadło się do tzw. kabrioleta.